Dwunasta godzina w drodze. Rozpędzone Audi A3 mknie po czteropasmowej autostradzie. Przed sobą na pasie wielkimi literami napis BRUX informuje, że do celu mojej jazdy jest już całkiem niedaleko.
Godzina 15, Bruksela - stolica Europy wita w godzinach szczytu. Zjeżdżam z autostrady w kierunku ronda Montgomery'ego. Z powodu szybkiej utraty orientacji w terenie zmuszony jestem jeździć w kółko na rondzie, w między czasie szukając swojej pozycji w papierowej mapie szeroko rozwartej na kolanach. Po około pół godzinie chaotycznej jazdy udaje mi się w końcu odnaleźć właściwy kierunek i dotrzeć do celu - Avenidy Franklin Roosevelt. Jazda po Brukseli na początku nie wydaje się łatwa, dużo samochodów, tunele pod rondami, które nie wiadomo gdzie prowadzą i objazdy rond górą, które stanowią jeszcze większą zamotkę.
Oglądanie z bliska struktur Komisji Europejskiej, na którą składa się każdy uczciwy podatnik może doprowadzić do palpitacji serca. Zaawansowana biurokracja powoduje, że wdrożenie (zaakceptowanie) najprostszego chociażby projektu trwa nieskończoność.
Przykład: Pracownik zgłasza swojemu menadżerowi (menadżer A) potrzebę nabycia nowej rzeczy, menadżer A zleca wykonanie testów porównawczych grupie specjalistów. Trwa to jakieś dwa tygodnie. Wnioski zwracane są do menadżera A, który zwraca się z prośbą do swojego przełożonego (menadżera B). Jako, że jeden jest Holendrem, a drugi Włochem, tekst prośby idzie do tłumaczenia (2 tygodnie). Następnie menadżer B, kieruje prośbę do menadżera C. Menadżer C jest Francuzem, więc tekst idzie do tłumaczenia. Menadżer C nie rozumie potrzeby menadżera A, więc pisze pismo z prośbą o wyjaśnienie potrzeby, a przecież menadżer A jest Holendrem, więc tekst idzie do tłumaczenia itd. itp....
Pomimo znacznego przewrażliwienia na punkcie bezpieczeństwa, ochrona w budynku parlamentu europejskiego nie pozwoliła mi przeskanować sobie siatkówki oka (niefart). Na każdym kroku, plakaty informują o możliwości ataku terrorystycznego. "Pamiętaj - najlepszą ochroną przeciwko terroryzmowi są twoje oczy" - więc miej oczy dookoła głowy.
Bruksela to dziwne miasto. Zatłoczone uliczki z galeriami handlowymi wyglądają jak połączenie zoo z paradą cyrkową. Ludzie jacyś dziwni, śmiesznie ostrzyżeni i ubrani. Na ulicach co drugi samochód to Mini Cooper. Miasto, w którym żebrak w przerwie między żebraniem sprawdza sobie pocztę na swoim iphonie. Miasto, w którym koleś potrafi podejść do dziewczyny i zaproponować sex, a kiedy ta odmawia nazywa ją "dziwką".
Podsumowując, jeżeli stolica europy symbolizuje postęp, to ja nie wiem czy świat zmierza we właściwym kierunku.
środa, 12 maja 2010
poniedziałek, 10 maja 2010
ZaMasko-nury
Buty niestabilnie przesuwają się po mokrej i śliskiej kłodzie przewieszonej nad całkiem rwącą rzeczką. Po przejściu małej jaskini i wątpliwej jakości mostku znajdujemy się na początku kanionu najwyższego wodospadu Islandii - Glymura. Silny wiatr niesie olbrzymie krople wody, które zorbryzgują się nam na twarzach, utrudniając poruszanie się po błotnym szlaku. Nareszcie jesteśmy. Prawie 200 metrowe pionowe ściany pokryte są szczelnie soczyście zielonym dywanem mchów i traw. Sam wodospad może nie niesie takiej ilości wody jak Gulfoss, ale spadająca wysoką kaskadą woda tworzy iście niesamoity widok.
Tego samego dnia po południu docieramy do Hraunfossar. Miejsca gdzie potoki krystalicznej wody wypływają spod warstw zastygłej lawy. Po podestach, zbudowanych z drewna kręci się sporo turystów, więc bez specjalnych kontemplacji udajemy się w dalszą drogę. Perspektyw zdobycia pobliskiego wulkanu raczej nie ma, dlatego też postanawiamy objechać fiordy zachodnie.
Resztę dnia spędzamy w samochodzie. Deszcz, wichura i fatalne drogi. W takich warunkach ciężko jest rozwinąć prędkości większe niż 30km/h. Późno w nocy, zmęczeni docieramy do końca drogi nr 612. Rozbijamy biwak na polu jakiegoś wieśniaka.
Rano leniwie wdrapujemy się na Ladrabiarg. Wspaniałe skalne klify, ściany ponad 400 metrów. Spacer wzdłuż urwiska doskonale orzeźwia i pobudza wyobraźnię. Podobno kiedyś lokalesi na linach zjeżdżali w dół, aby wybierać jaja ptakom. A propo ptaków, realizacja naszego celu jakim była obserwacja olbrzymiej, ponad sześcio milionowej kolonii maskonurów okazała się niemożliwa. Otóż wyczytane w przewodniku informacje okazały się prawdą. Maskonury odlatują z Islandii pod koniec sierpnia (teraz mamy środek września). Opracowana przez nas teoria spisku zakładała również, że wszystkie się gdzieś pochowały i wyjdą z ukrycia dopiero jak ruszymy w dalszą drogę.
Tego samego dnia po południu docieramy do Hraunfossar. Miejsca gdzie potoki krystalicznej wody wypływają spod warstw zastygłej lawy. Po podestach, zbudowanych z drewna kręci się sporo turystów, więc bez specjalnych kontemplacji udajemy się w dalszą drogę. Perspektyw zdobycia pobliskiego wulkanu raczej nie ma, dlatego też postanawiamy objechać fiordy zachodnie.
Resztę dnia spędzamy w samochodzie. Deszcz, wichura i fatalne drogi. W takich warunkach ciężko jest rozwinąć prędkości większe niż 30km/h. Późno w nocy, zmęczeni docieramy do końca drogi nr 612. Rozbijamy biwak na polu jakiegoś wieśniaka.
Rano leniwie wdrapujemy się na Ladrabiarg. Wspaniałe skalne klify, ściany ponad 400 metrów. Spacer wzdłuż urwiska doskonale orzeźwia i pobudza wyobraźnię. Podobno kiedyś lokalesi na linach zjeżdżali w dół, aby wybierać jaja ptakom. A propo ptaków, realizacja naszego celu jakim była obserwacja olbrzymiej, ponad sześcio milionowej kolonii maskonurów okazała się niemożliwa. Otóż wyczytane w przewodniku informacje okazały się prawdą. Maskonury odlatują z Islandii pod koniec sierpnia (teraz mamy środek września). Opracowana przez nas teoria spisku zakładała również, że wszystkie się gdzieś pochowały i wyjdą z ukrycia dopiero jak ruszymy w dalszą drogę.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
