poniedziałek, 10 maja 2010

ZaMasko-nury

Buty niestabilnie przesuwają się po mokrej i śliskiej kłodzie przewieszonej nad całkiem rwącą rzeczką. Po przejściu małej jaskini i wątpliwej jakości mostku znajdujemy się na początku kanionu najwyższego wodospadu Islandii - Glymura. Silny wiatr niesie olbrzymie krople wody, które zorbryzgują się nam na twarzach, utrudniając poruszanie się po błotnym szlaku. Nareszcie jesteśmy. Prawie 200 metrowe pionowe ściany pokryte są szczelnie soczyście zielonym dywanem mchów i traw. Sam wodospad może nie niesie takiej ilości wody jak Gulfoss, ale spadająca wysoką kaskadą woda tworzy iście niesamoity widok.
   Tego samego dnia po południu docieramy do Hraunfossar. Miejsca gdzie potoki krystalicznej wody wypływają spod warstw zastygłej lawy. Po podestach, zbudowanych z drewna kręci się sporo turystów, więc bez specjalnych kontemplacji udajemy się w dalszą drogę. Perspektyw zdobycia pobliskiego wulkanu raczej nie ma, dlatego też postanawiamy objechać fiordy zachodnie.
   Resztę dnia spędzamy w samochodzie. Deszcz, wichura i fatalne drogi. W takich warunkach ciężko jest rozwinąć prędkości większe niż 30km/h. Późno w nocy, zmęczeni docieramy do końca drogi nr 612. Rozbijamy biwak na polu jakiegoś wieśniaka.
   Rano leniwie wdrapujemy się na Ladrabiarg. Wspaniałe skalne klify, ściany ponad 400 metrów. Spacer wzdłuż urwiska doskonale orzeźwia i pobudza wyobraźnię. Podobno kiedyś lokalesi na linach zjeżdżali w dół, aby wybierać jaja ptakom. A propo ptaków, realizacja naszego celu jakim była obserwacja olbrzymiej, ponad sześcio milionowej kolonii maskonurów okazała się niemożliwa. Otóż wyczytane w przewodniku informacje okazały się prawdą. Maskonury odlatują z Islandii pod koniec sierpnia (teraz mamy środek września). Opracowana przez nas teoria spisku zakładała również, że wszystkie się gdzieś pochowały i wyjdą z ukrycia dopiero jak ruszymy w dalszą drogę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz