Zmierzch spada na nas znienacka. Poszukiwanie miejsca na spędzenie nocy kończy się wraz z końcem bocznej, gruntowej drogi prowadzącej gdzieś na odludzia. Wściekły wiatr nerwowo rzuca samochodem, deszcz pada praktycznie poziomo. Nie ma szans na rozbicie namiotów, jedyną opcją jest stary opuszczony magazyn (prawdopodobnie przetwórstwa rybnego). Wiekowy budynek wygląda jakby dawno nikt do niego nie zaglądał. Pośpieszne oględziny magazynu owocują rokującym nadzieje znaleziskiem. Na tyłach, o wymiarach 4 na 5 metrów stoi kontener będący w stanie pomieścić cztery (a jak się potem okazało tylko trzy) osoby. Olbrzymie plakaty, które czasami można zauważyć na bilbordach wzdłuż Zakopianki, stanowiły teraz doskonałą izolację od podłoża.
Tej nocy nikt nie śpi. Słychać głośne stukanie wiszących gdzieś łańcuchów. Dziki wiatr szarpie naszą budą. Co chwila z dziurawego dachu na naszych bohaterów spada cieńki, wyrywający z nieprzytomnego półmajaka strumień deszczówki. Zapala się i gaśnie automatyczny halogen, mający kiedyś pewie odstraszać nieproszonych gości. Mocniejszym podmuchom towarzyszy huk połamanych drzwi kontenera, gęsto nabitych długimi, zardzewiałymi gwoździami. Na ścianie czerwoną mazią będącą bez wątpienia krwią zarzynanych tutaj kogutów ktoś napisał "Dabbi Djöfull" co w dialekcie staronordyckim oznacza... dokładnie nie wiadomo co, ale na pewno coś strasznego.
Rano pierwszą czynnością jest sprawdzenie czy nikomu nie brakuje wątroby, czy innego ważnego organu. Ten dziwny i denerwująco nieprzyjemny zapach towarzyszący nam przez całą noc w kontenerze okazał się być ku naszemu niezadowoleniu... kupą.
niedziela, 13 grudnia 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz