Renault Kangoo niczym śnieżnobiały ognisty rumak pokonuje pierwsze napotkane trudności trenowe parku krajobrazowego Lónsöræfi . Od momentu wjechania do parku, po wszelkim asfalcie ślad zaginął, pojawiają się też pierwsze brody. Jak się okazało później, asfaltu brakuje również na większości dróg odchodzących od krajowej "jedynki", ku naszemu zaskoczeniu na główna droga Islandii też ma swoje braki.
Rzut oka na malowniczą polodowcową dolinę Jökulsa i Lóni i już pędzimy dalej w kierunku "zachodzącego słońca", czyli na południe. Noc spędzamy nad brzegiem oceanu, niedaleko supertajnej amerykańskiej bazy radarowej na którą natknęliśmy się przypadkiem.
Poranek wita nas oszałamiającym widokiem na potężne jęzory lodowca Vatnajökull (drugiego co do wielkości w Europie i czwartego na świecie). Po krótkiej wizycie w zatoce Jökulsarion wybieramy jeden z jęzorów - Fjallsjökull - na rozgrzewkę przed atakiem na Hvan. Cała nasza ekipa (fanatyków górskich wypraw) szybko opanowuje techniki poruszania się po lodowcu. Spacer co prawda trwa tylko cztery godziny jednak każdy czuje, że zdobywa bezcenne doświadczenie.
Kolacja na farmie Sandfell skąd jutro ruszamy do ataku. Dziś w menu krzepiąca zawsze ciało i ducha flaczki.
Następnego dnia w związku z nie najgorszą pogodą podniecenie daje się we znaki prawie wszystkim. W pośpiechu pakujemy sprzęt do plecaków i rozpoczynamy podejście. Z początku jest całkiem obiecująco, lecz kiedy nasze raki wgryzają się z chrzęstem w mokry śnieg lodowca widoczność spada prawie do zera. Walka trwa jeszcze około 2 godzin jednak w obliczu nieuchronnej porażki z nieodpuszczającą, ani na chwilę mgłą zmuszeni jesteśmy wycofać się do bazy. Udało się podejść na około 1400 m n.p.m.. Z lekką nutą goryczy, kompletnie przemoczeni spędzamy wieczór po dachem na kempingu Skatafell. Prognoza pogody na najbliższy tydzień: leje, wieje, pada, piździ... Lekko nie będzie, ale w końcu nikt z nas nie jest tu na wakacjach.
czwartek, 3 grudnia 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz