- objechanie wyspy dookoła, zahaczając o bliżej lub dalej położone atrakcje;
- wspinaczka wśród śmiertelnie niebezpiecznych szczelin lodowcowych na najwyższy szczyt Islandii - Hvannadalshnukur (2112 m n.p.m.);
- penetracja niektórych jaskiń;
- obserwacja maskonurów w ich naturalnym środowisku.
Pierwszym miejscem, które udało nam się zobaczyć zaraz po przyjeździe był punkt kontroli celnej, na który skierowano nas całkiem losowo wybierając wśród samochodów, które tego dnia przybyły na promie. Absolutnie w ogóle celnicy nie brali pod uwagę naszej polskiej rejestracji i tyłu samochodu szczelnie załadowanego zapasami żywności i sprzętu.
Jak powszechnie wiadomo, każdy Polak ma w sobie coś z przemytnika. Tak i w tym przypadku wyszliśmy z założenia, że kto nie ryzykuje ten nie ma. Wbrew wyraźnemu zakazowi postanowiliśmy wwieźć produkty żywieniowe mające stanowić podstawę naszej diety przez następne trzy tygodnie. Dla zmyły "wydaliśmy" celnikom jedną kiełbasę. Resztę udało nam się przewieźć. Zapytani o ilość jedzenia, które wwozimy odpowiedzieliśmy, że na pewno nie więcej niż przepisowe 3 kg na osobę. Zapytani o ilość alkoholu, jaką mamy ze sobą, bez wahania odparliśmy, że dokładnie nie wiemy, bo już sporo wypiliśmy na promie. Sukces odprawy granicznej zawdzięczamy przede wszystkim perfekcyjnemu kamuflażowi jaki nadaliśmy nielegalnym towarom (min. olbrzymiemu kawałowi sera żółtego) oraz nieziemskim wprost zdolnościom negocjacji koleżanki Marty S.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz