wtorek, 1 grudnia 2009

Góðan dagin

Kiedy po trzech długich dniach przeprawy promowej z gęstej mgły wyłaniają się skaliste klify i zielone wzgórza, każdy z uczestników wyprawy czuje w sobie odrobinę norweskiego wikinga, który pierwszy raz stanąć na ma nieznanej mistycznej ziemi obiecanej. Zrealizowanie głównych założeń wyjazdu, które ze szczegółami ustalone zostały podczas spożywania śliwowicy na górnym pokładzie promu będzie wymagać od nas nieopisanej determinacji i siły woli bez których walka z siłami natury skazana jest na porażkę. Tak więc główne cele wyjazdu to:
 - objechanie wyspy dookoła, zahaczając o bliżej lub dalej położone atrakcje;
 - wspinaczka wśród śmiertelnie niebezpiecznych szczelin lodowcowych na najwyższy szczyt Islandii - Hvannadalshnukur (2112 m n.p.m.);
 - penetracja niektórych jaskiń;
 - obserwacja maskonurów w ich naturalnym środowisku.


     Pierwszym miejscem, które udało nam się zobaczyć zaraz po przyjeździe był punkt kontroli celnej, na który skierowano nas całkiem losowo wybierając wśród samochodów, które tego dnia przybyły na promie. Absolutnie w ogóle celnicy nie brali pod uwagę naszej polskiej rejestracji i tyłu samochodu szczelnie załadowanego zapasami żywności i sprzętu.
    Jak powszechnie wiadomo, każdy Polak ma w sobie coś z przemytnika. Tak i w tym przypadku wyszliśmy z założenia, że kto nie ryzykuje ten nie ma. Wbrew wyraźnemu zakazowi postanowiliśmy wwieźć produkty żywieniowe mające stanowić podstawę naszej diety przez następne trzy tygodnie. Dla zmyły "wydaliśmy" celnikom jedną kiełbasę. Resztę udało nam się przewieźć. Zapytani o ilość jedzenia, które wwozimy odpowiedzieliśmy, że na pewno nie więcej niż przepisowe 3 kg na osobę. Zapytani o ilość alkoholu, jaką mamy ze sobą, bez wahania odparliśmy, że dokładnie nie wiemy, bo już sporo wypiliśmy na promie. Sukces odprawy granicznej zawdzięczamy przede wszystkim perfekcyjnemu kamuflażowi jaki nadaliśmy nielegalnym towarom (min. olbrzymiemu kawałowi sera żółtego) oraz nieziemskim wprost zdolnościom negocjacji koleżanki Marty S.

  
   Oficjalnie rozpoczynamy przygodę w portowym mieście Seyðisfiorður. Miasteczko to jest zapewne piękne jednak my wyznając zasadę, że "miasta są dla starych dziadów" wyruszamy na spotkanie z surowym islandzkim klimatem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz