Do następnej atrakcji dojeżdzamy na 15 minut przed "stonką", więc udaje nam się zobaczyć wybuchy gejzeru jeszcze w wmiarę cywilizowanych warunkach. Geysir - od niego wzięła się nazwa wszystkich innych gejzerów, jest już nieaktywny. Wybucha natomiast pobliski Strokkur, czyli "maselniczka" i to wybucha raz na jakieś 10 minut. Nie mogliśmy sobie oczywiście odmówić przyjęcia na siebie fali uderzeniowej.
Thingvellir jest niezwykle ważnym miejscem z punktu widzenia historii wyspy. Obradował tu bowiem islandzki parlament Althing. Ponadto rejon ten znajduje się na styku płyt tektonicznych eurazjatyckiej i północnoamerykańskiej.
Kolejnym punktem dnia dzisiejszego stał się najbardziej znany islandzki kurort, którego odwiedzenia nie mogliśmy sobie odmówić. Nad biało niebieską, podgrzewaną do przyjemnych kilkudziesięciu stopni wodą unosi się gęsta mgła. Darmowe, nawilżająco, masująco, ujędrniająco, kojące błotko nakładamy obficie na twarze... jak wspomniałem błoto było darmowe, więc nie żałowaliśmy sobie. W tym czasie nasze podśmierdujące ubrania suszyły się w szafkach.
Okazało się, że niezwykle przydatnym patentem służącym nam przez większość wyjazdu do suszenia zamokniętych butów itp. były ręczniki papierowe (podprowadzane regularnie z miejsc użytku publicznego).
Zrelaksowani udajemy się w kierunku wulkanu, który przez znawców książek Juliusza Verna mógłby być nazwany "wejściem do środka Ziemi", dla innych po prostu Snæfellsjökull.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz