niedziela, 13 grudnia 2009

Na tropach Złego

Zmierzch spada na nas znienacka. Poszukiwanie miejsca na spędzenie nocy kończy się wraz z końcem bocznej, gruntowej drogi prowadzącej gdzieś na odludzia. Wściekły wiatr nerwowo rzuca samochodem, deszcz pada praktycznie poziomo. Nie ma szans na rozbicie namiotów, jedyną opcją jest stary opuszczony magazyn (prawdopodobnie przetwórstwa rybnego). Wiekowy budynek wygląda jakby dawno nikt do niego nie zaglądał. Pośpieszne oględziny magazynu owocują rokującym nadzieje znaleziskiem. Na tyłach, o wymiarach 4 na 5 metrów stoi kontener będący w stanie pomieścić cztery (a jak się potem okazało tylko trzy) osoby. Olbrzymie plakaty, które czasami można zauważyć na bilbordach wzdłuż Zakopianki, stanowiły teraz doskonałą izolację od podłoża.
   Tej nocy nikt nie śpi. Słychać głośne stukanie wiszących gdzieś łańcuchów. Dziki wiatr szarpie naszą budą. Co chwila z dziurawego dachu na naszych bohaterów spada cieńki, wyrywający z nieprzytomnego półmajaka strumień deszczówki. Zapala się i gaśnie automatyczny halogen, mający kiedyś pewie odstraszać nieproszonych gości. Mocniejszym podmuchom towarzyszy huk połamanych drzwi kontenera, gęsto nabitych długimi, zardzewiałymi gwoździami. Na ścianie czerwoną mazią będącą bez wątpienia krwią zarzynanych tutaj kogutów ktoś napisał "Dabbi Djöfull" co w dialekcie staronordyckim oznacza... dokładnie nie wiadomo co, ale na pewno coś strasznego. 
   Rano pierwszą czynnością jest sprawdzenie czy nikomu nie brakuje wątroby, czy innego ważnego organu. Ten dziwny i denerwująco nieprzyjemny zapach towarzyszący nam przez całą noc w kontenerze okazał się być ku naszemu niezadowoleniu... kupą.  

wtorek, 8 grudnia 2009

Złoty trójkąt

Po lekko zakrapianym biwaku w przydrożnych krzakach miło jest rozprostować kości. Przed nami Gulfoss. Olbrzymi, spadający dwoma progami niesie dziś spore ilości wody. Według przewodnika najpiękniej wygląda podczas słonecznej pogody, gdyż prawie zawsze unoszą się nad nim dwie lub więcej tęcze. Dziś nie ma ani jednej tęczy więc ten obrazek będziemy musieli uzupełnić sobie w internecie.


    Do następnej atrakcji dojeżdzamy na 15 minut przed "stonką", więc udaje nam się zobaczyć wybuchy gejzeru jeszcze w wmiarę cywilizowanych warunkach. Geysir - od niego wzięła się nazwa wszystkich innych gejzerów, jest już nieaktywny. Wybucha natomiast pobliski Strokkur, czyli "maselniczka" i to wybucha raz na jakieś 10 minut. Nie mogliśmy sobie oczywiście odmówić przyjęcia na siebie fali uderzeniowej.



   Lekko podsuszone przez noc ubrania ponownie stały się całkowicie mokre, bonusik stanowił delikatny fetorek zgniłych jajek. Zadowoleni ruszyliśmy w dalszą drogę, by już po kilkunastu kilometrach zatrzymać się w Thingveillir (zwanym przez nas później Pingwintonem).
   Thingvellir jest niezwykle ważnym miejscem z punktu widzenia historii wyspy. Obradował tu bowiem islandzki parlament Althing. Ponadto rejon ten znajduje się na styku płyt tektonicznych eurazjatyckiej i północnoamerykańskiej.
   Kolejnym punktem dnia dzisiejszego stał się najbardziej znany islandzki kurort, którego odwiedzenia nie mogliśmy sobie odmówić. Nad biało niebieską, podgrzewaną do przyjemnych kilkudziesięciu stopni wodą unosi się gęsta mgła. Darmowe, nawilżająco, masująco, ujędrniająco, kojące błotko nakładamy obficie na twarze... jak wspomniałem błoto było darmowe, więc nie żałowaliśmy sobie. W tym czasie nasze podśmierdujące ubrania suszyły się w szafkach.
   Okazało się, że niezwykle przydatnym patentem służącym nam przez większość wyjazdu do suszenia zamokniętych butów itp. były ręczniki papierowe (podprowadzane regularnie z miejsc użytku publicznego).
   Zrelaksowani udajemy się w kierunku wulkanu, który przez znawców książek Juliusza Verna mógłby być nazwany "wejściem do środka Ziemi", dla innych po prostu Snæfellsjökull.

  

niedziela, 6 grudnia 2009

Z deszczu pod... Hekle

Obfity deszcz łomoce o tropik naszego profesjonalnego namiotu wyprawowego. Po długiej ulewnej nocy perspektywa wyjścia z namiotu nikomu nie wydaje się przyjemna. Niestety pęcherz coraz bardziej daje o sobie znać i chcąc czy nie ekipa powoli zbiera się do śniadania.


    Nie pozwalając by pogoda stanęła nam na przeszkodzie, pierwsze kroki kierujemy pod wodospad Svartifoss. Główna atrakcja parku Skatafell jest dziś całkowicie spowita gęstą mgiełką wodną co znacznie utrudnia podziwianie i prawie całkowicie uniemożliwia sfotografowanie tego zbudowanego z masywnych kolumn bazaltowych wodospadu.
    W aucie zaczyna panować wilgotny dyskomfort połączony z delikatnym smrodkiem mokrych ubrań. Spacer w prawie huraganowym wietrze po zbudowanej z czarnych kamyczków plaży niedaleko miasta Vik daje nam okazję podziwiania prawdziwej furii oceanu. Sztormowe fale niczym taran uderzają w skalne klify i wieże zwane przez miejscową ludność trollami.



     Wieczorem długo szukamy miejsca na biwak. Choć jest już całkiem ciemno, w świetle czołówek dostrzegamy jednak całkowitą zmianę krajobrazu. Ziemię pokrywa ciemny pył i skały przez znawców nazywane skałami o strukturze porfirowej, czyli coś w stylu zakrzepłej magmy o dużej zawartości gazów, a przez innych po prostu ładnymi kamykami z dziurkami. Dojechaliśmy pod Hekle. Siejący spustoszenie wulkan, którego erupcje Islandia obecnie doświadcza raz na 10 lat jest gdzieś w oddali. Dla ciekawskich informacja, że ostania erupcja była jakieś 9 i pół roku temu. Także jeszcze spokojnie pół roku mamy w zapasie.... chociaż z drugiej strony różnie to może być.
     Kolejny dzień nie przynosi oczekiwanych zmian w pogodzie, o zdobywaniu Hekli możemy tylko pomarzyć. W zamian za to postanawiamy zmierzyć się z islandzkim interiorem, a przynajmniej z jego lajtową wersją, czyli dotrzeć gruntową drogą nr 208 do termalnego kąpieliska położonego w malowniczym otoczeniu Gór Tęczowych. Nazwę zawdzięczają niezwykle urozmaiconej kolorystyce będącej wynikiem zapewne bardzo skomplikowanej budowie geologicznej.



    Powiedzieć tutaj trzeba, że pobyt na wyspie był dla nas niezwykle edukujący. Mając w zespole dwóch wybitnych geologów, mieliśmy możliwość poznania genezy przeróżnych zjawisk. Co prawda teorie wspomnianych dwóch geologów czasem znacząco różniły się od siebie, jednak obie były bardzo fascynujące i warte poznania. I tak właśnie całe życie człowiek się czegoś uczy...

czwartek, 3 grudnia 2009

Kraina lodu

Renault Kangoo niczym śnieżnobiały ognisty rumak pokonuje pierwsze napotkane trudności trenowe parku krajobrazowego Lónsöræfi . Od momentu wjechania do parku, po wszelkim asfalcie ślad zaginął, pojawiają się też pierwsze brody. Jak się okazało później, asfaltu brakuje również na większości dróg odchodzących od krajowej "jedynki", ku naszemu zaskoczeniu na główna droga Islandii też ma swoje braki.



   Rzut oka na malowniczą polodowcową dolinę Jökulsa i Lóni i już pędzimy dalej w kierunku "zachodzącego słońca", czyli na południe. Noc spędzamy nad brzegiem oceanu, niedaleko supertajnej amerykańskiej bazy radarowej na którą natknęliśmy się przypadkiem.


    Poranek wita nas oszałamiającym widokiem na potężne jęzory lodowca Vatnajökull (drugiego co do wielkości w Europie i czwartego na świecie). Po krótkiej wizycie w zatoce Jökulsarion wybieramy jeden z jęzorów - Fjallsjökull - na rozgrzewkę przed atakiem na Hvan. Cała nasza ekipa (fanatyków górskich wypraw) szybko opanowuje techniki poruszania się po lodowcu. Spacer co prawda trwa tylko cztery godziny jednak każdy czuje, że zdobywa bezcenne doświadczenie.


   Kolacja na farmie Sandfell skąd jutro ruszamy do ataku. Dziś w menu krzepiąca zawsze ciało i ducha flaczki.
   Następnego dnia w związku z nie najgorszą pogodą podniecenie daje się we znaki prawie wszystkim. W pośpiechu pakujemy sprzęt do plecaków i rozpoczynamy podejście. Z początku jest całkiem obiecująco, lecz kiedy nasze raki wgryzają się z chrzęstem w mokry śnieg lodowca widoczność spada prawie do zera. Walka trwa jeszcze około 2 godzin jednak w obliczu nieuchronnej porażki z nieodpuszczającą, ani na chwilę mgłą zmuszeni jesteśmy wycofać się do bazy. Udało się podejść na około 1400 m n.p.m.. Z lekką nutą goryczy, kompletnie przemoczeni spędzamy wieczór po dachem na kempingu Skatafell. Prognoza pogody na najbliższy tydzień: leje, wieje, pada, piździ... Lekko nie będzie, ale w końcu nikt z nas nie jest tu na wakacjach.

wtorek, 1 grudnia 2009

Góðan dagin

Kiedy po trzech długich dniach przeprawy promowej z gęstej mgły wyłaniają się skaliste klify i zielone wzgórza, każdy z uczestników wyprawy czuje w sobie odrobinę norweskiego wikinga, który pierwszy raz stanąć na ma nieznanej mistycznej ziemi obiecanej. Zrealizowanie głównych założeń wyjazdu, które ze szczegółami ustalone zostały podczas spożywania śliwowicy na górnym pokładzie promu będzie wymagać od nas nieopisanej determinacji i siły woli bez których walka z siłami natury skazana jest na porażkę. Tak więc główne cele wyjazdu to:
 - objechanie wyspy dookoła, zahaczając o bliżej lub dalej położone atrakcje;
 - wspinaczka wśród śmiertelnie niebezpiecznych szczelin lodowcowych na najwyższy szczyt Islandii - Hvannadalshnukur (2112 m n.p.m.);
 - penetracja niektórych jaskiń;
 - obserwacja maskonurów w ich naturalnym środowisku.


     Pierwszym miejscem, które udało nam się zobaczyć zaraz po przyjeździe był punkt kontroli celnej, na który skierowano nas całkiem losowo wybierając wśród samochodów, które tego dnia przybyły na promie. Absolutnie w ogóle celnicy nie brali pod uwagę naszej polskiej rejestracji i tyłu samochodu szczelnie załadowanego zapasami żywności i sprzętu.
    Jak powszechnie wiadomo, każdy Polak ma w sobie coś z przemytnika. Tak i w tym przypadku wyszliśmy z założenia, że kto nie ryzykuje ten nie ma. Wbrew wyraźnemu zakazowi postanowiliśmy wwieźć produkty żywieniowe mające stanowić podstawę naszej diety przez następne trzy tygodnie. Dla zmyły "wydaliśmy" celnikom jedną kiełbasę. Resztę udało nam się przewieźć. Zapytani o ilość jedzenia, które wwozimy odpowiedzieliśmy, że na pewno nie więcej niż przepisowe 3 kg na osobę. Zapytani o ilość alkoholu, jaką mamy ze sobą, bez wahania odparliśmy, że dokładnie nie wiemy, bo już sporo wypiliśmy na promie. Sukces odprawy granicznej zawdzięczamy przede wszystkim perfekcyjnemu kamuflażowi jaki nadaliśmy nielegalnym towarom (min. olbrzymiemu kawałowi sera żółtego) oraz nieziemskim wprost zdolnościom negocjacji koleżanki Marty S.

  
   Oficjalnie rozpoczynamy przygodę w portowym mieście Seyðisfiorður. Miasteczko to jest zapewne piękne jednak my wyznając zasadę, że "miasta są dla starych dziadów" wyruszamy na spotkanie z surowym islandzkim klimatem.

środa, 25 listopada 2009

¡Estas despedido!

Lotnisko w stolicy Katalonii wita mnie szokiem termicznym, jest ponad 20 stopni. Chcąc rozgrzać trochę swój zardzewiały hiszpański zagaduje starszego taksówkarza. Pogoda dopisywać ma do czwartku. Dziwne bo oznaczałoby to, że nieźle mi się przyfarciło. Popularne tematy w Hiszpanii to teraz grypa, kryzys i zawsze futbol. Grypę i kryzys obgadaliśmy za jednym zamachem bo okazało się, że czterech głównych piłkarzy Barcy cierpi na grypę typu "A". I tu ciekawostka: hiszpańska grypa "A" to oczywiście to samo co polska "świńska" i holenderska "meksykańska". Niezła zamota.


   Co do kryzysu to prawie każde wiadomości w tv poświęcają mu większość czasu antenowego. Tak więc, Zapatero mówi, że trzeba zmienić model gospodarki bo ten jest zły, ale nie mówi jak to zrobić. Na innym kanale ktoś inny mówi, że Zapatero w ogóle to nie zna się na niczym (w szczególności na gospodarce) i że trzeba go wywalić, ale oczywiście również nie przedstawia żadnych konkretów. Mniej więcej wygląda to tak jak w Polsce.





  Co nowego na mieście? Na ulicach milusio śmierdoli z kanalizacji, zupełnie jak dwa lata temu, przypomina mi się Erazmus. Sagrada Familia cały czas remontowana, zupełnie jak dwa lata temu. Planowany termin zakończenia prac 2025. Widać nie spieszy im się za bardzo. Sklepy na Ramblach zdominowane przez Marokańców, którzy już od wejścia dają ci 30% zniżki na wszystko. Można sie dość fajnie potargować i cena wydaje się baaardzo plastyczna. Oczywiście wszystko jest ręcznie robione i nie jest z Chin. W sklepach prowadzonych przez Hiszpanów nie ma możliwości targowania się, a wszystko jest przynajmniej 100% droższe (ale za to ma ładną naklejke, że jest orginalne).



   Na plażach nie ma zbyt wielu ludzi, wyjątek stanowią jedynie staruszkowie, którzy po wielu latach zapewne ciężkiej pracy grają sobie teraz na piasku w odbijanie piłeczki rakietką. Woda ma przyjemne 14 stopni. Uwaga: plaża "Mar Bella" wcale nie jest "más bella". Pełno tam starych i niezbyt estetycznych nudystów.



  Wieczorkiem polecam knajpke "Xampanyet" (Montcada 22). Serwują szampana własnej roboty i fantastyczne tapas. Niestety w Barcelonie tapas nie są gratuitas, więc trzeba trochę za nie zapłacić, ale warto.

czwartek, 12 listopada 2009

I am Berber!

- As salam alejkum Lukas - elegancko ubrany podstarzały Arab wita się szczerząc pożółkłe od papierosów zęby.
- Wa alejkum as salam - odpowiadam po chwili namysłu jedynym zdaniem, które umiem wypowiedzieć jego języku.
- Today I'll be your guide.
  Po długim spacerze ulicami Amsterdamu siedzimy na kanapie w zadymionym wypalonymi skrętami pomieszczeniu.
- Byłeś kiedyś w Maroku, my friend?
- Byłem, ale nigdy nie rozmawiałem wcześniej z Berberem, opowiesz mi coś?
- Pokaże Ci.

Tadżin - tradycyjna marokańska potrawa smakuje wybornie, a jest wyjątkowo łatwa w przygotowaniu.Potrzebne jest tylko specjalne tradycyjne naczynie o takiej samej nazwie i ze dwie godziny wolnego czasu.Na rozgrzaną oliwę z oliwek wrzucamy mięso pokrojone w grube plastry, na to układamy grubo pokrojoną cebulę, przyprawiamy kminem, szafranem, kurkumą i co tam jeszcze jest w kuchni. Po około pół godzinie mięso mięknie i wtedy warstwami układamy groszek, marchewkę, ostrą papryczkę i ziemniaki (je obkładamy pomidorami, żeby nie rozgotowały się - taki trik:). Dla smaku można dodać kiszoną cytrynę (cytryny wkłada się do pojemnika z wodą z solą i trzyma się tak kilka tygodni). Całość robi się około 1,5 do 2 godzin, podaje się z chlebem jeszcze gorącym. Jemy oczywiście rękami z jednej michy. Do tego miętowa herbata.



Rozmawiamy na różne tematy: islam, koran, wojna, tradycja, kultura, Hassan II itp itd. Jest godzina 3 w nocy język coraz bardziej się plącze, a w głowie szumi, w telewizji przemówienie króla Mohammeda IV do narodu. Dopijamy herbatę i idziemy spać.

Herbata miętowa - na jej bazę stosujemy zwykłą zieloną. Do metalowego dzbanka wsypujemy kilka łyżeczek herbaty, zalewamy niewielką ilością wody. Odczekujemy około 5 minut. Powstaje esencja, tak zwana 'prawdziwa herbata', odlewamy ją do innego naczynia. Fusy zalewamy wodą, i wylewamy do zlewu, to jest tak zwana 'zła herbata'. Teraz fusy zalewamy tą dobrą, dolewamy do pełna wody i gotujemy chwilkę na małym ogniu. Po chwili herbata jest gotowa, do dzbanka dorzucamy sporą garść świeżej mięty i cztery łyżeczki cukru. Potem herbata kilka razy musi zrobić 'rounds', czyli nalewamy do szklanki i wlewamy do dzbanka i tak kilka razy. Potem z wysokości około pół metra lejemy herbatę do szklanki i można już wreszcie pić. W sumie smakuje lepiej niż ekspresówka ;)

poniedziałek, 9 listopada 2009

W czerwonym świetle latarni

Przechodzimy niedługimi wąskimi uliczkami, które prostopadle wpadają do głównych arterii ciągnących się wzdłuż rzeki. Pomimo że czerwone świało latarenek nie jest zbyt jasne, uliczki są dobrze oświetlone. Jest około godziny 20. Wieczór dopiero się rozpoczyna, ale na ulicach tłoczą się już setki ludzi. Dziwna amsterdamska mieszanka kultur i narodowości połączona z wszechobecnymi turystami.
   Z okna uśmiecha się do mnie śliczna blondynka. Bikini, które ma na sobie świeci się jaskrawo pod wpływem ultrafoletowej lampy zawieszonej nad dziewczyną.
- She likes you! - z uśmiechem oznajmia Mohammed ali Imaizin, marokańczyk w podeszłym wieku, który tej nocy jest moim przewodnikiem po stolicy Holandii. Odwzajemniam uśmiech zdając sobie sprawę, że lubi to ona wyłącznie moje pieniądze (ciężko zresztą zarobione).



   Gdy wyciągam aparat, dziewczyna zmienia wyraz twarzy. Kiwa palcem wyrażając dezaprobatę i pokazuje mi znaczek zakazujący fotografowania. Taa, przecież nie chcielibyśmy żeby takie fotki trafiły gdzieś gdzie zobaczy je naprzykład chłopak tej dziewczyny, który myśli że pojechała do pracy jako modelka czy coś równie gupiego. Idziemy dalej, spacer przeciąga się już trzecią godzinę i oprócz delikatnego szumu w głowie po wypalonych skrętach, czujemy też zmęczenie ostatnimi dniami. Kolejna uliczka, tu jeszcze nie byliśmy i raczej nie mamy zamiaru tu zostawać, gdyż towar prezentowany za szkłem jest dość specyficzny - no cóż, na tranzwestytów też tu musi być popyt. Wielki murzyn w czarnej peruce wygląda raczej komicznie.



   Amsterdam RedLight District charakteryzuje się tym, że każdy znajdzie sobie tutaj coś dla siebie, choćby nie wiem jakim był zboczuchem to wszystko okazuje się być kwestią ceny. Do wyboru do koloru: białe, czarne, żółte, chude, grube, młode, stare, łyse, zezowate, z zębami lub bez, dostarczą rozkoszy lub/i bólu np. skórzanym pejczem. Koszt około 50 euro, z czegoś w końcu musi zapłacić podatki taka porządna obywatelka.